|
Kto w deszczowy, smutny dzień nie marzył o tym, żeby zostać w domu, z dala od korków i zwierzeń koleżanki siedzącej przy biurku obok? I żeby spokojnie usiąść przed komputerem na swoim własnym, wygodnym krzesełku, wypić kawę i szybko zrobić swoje? A potem zająć się czymś równie ważnym: przewijaniem, praniem, spacerem, czytaniem? – O telepracy pisze dziennikarka Gazety Wyborczej, Katarzyna Pawłowska-Salińska, która sama do wielu lat praktykuje tele-pracowanie. Kto nie chciałby pracować z domu, gdy ma małe dziecko, chorego tatę albo niepełnosprawnego męża? Okazuje się, że takich osób wcale nie ma zbyt wiele. Wprawdzie ponad 83 procent Polaków słyszało o telepracy (czyli o pracy z domu), ale tylko 11 procent chciałoby tak pracować – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie PARP. Muszę przyznać, że w ogóle mnie to nie dziwi. Od 2007 roku, czyli od wpisania telepracy do Kodeksu pracy ten rynek wcale się nie rozwinął. Kolejne kampanie informacyjne i nudne artykuły prasowe nic tu nie zmieniają. Polski szef ciągle nie lubi telepracy, bo musi mieć wszystko i wszystkich pod kontrolą… Jako wieloletnia telepracownica mogę też bardzo dobrze zrozumieć, dlaczego z domu woleliby nie pracować sami zainteresowani. Bo chociaż telepraca to świetne rozwiązanie dla matki z dzieckiem, dla niepełnosprawnych albo dla mieszkających bardzo daleko, to też straszna udręka. W opinii twojej własnej rodziny praca z domu to nie praca. Jesteś tu, z nimi, więc można z tobą pogadać, wypłakać się na twoich rękach, zdziwić się, że w domu tak brudno albo że jeszcze nie ma obiadu, włączyć na cały głos telewizor albo radio... Kto w takich warunkach może się skupić i pracować? Zwłaszcza, że internet kusi, w TVN leci właśnie powtórka ulubionego serialu, a tu dzwoni koleżanka, żeby pogadać? No i już się zrobiła trzecia, starszy wraca z przedszkola, więc do dwudziestej pierwszej już raczej nie popracuję. A potem trzeba jeszcze załadować pralkę, pozmywać, pozbierać rzeczy porozwalane po całym domu. I jeszcze kolacja. O wpół do jedenastej umysł może nie jest już najświeższy, ale do północy można popracować. Dłużej nie, bo dzieciaki wstają o szóstej. I tak codziennie. Czasem się kogoś spotka na spacerze, ale nie zawsze uda się pogadać – dziecko ma swoje prawa. Najgorzej, kiedy któryś maluch zachoruje – głupio przecież brać zwolnienie, gdy się pracuje z domu. Ale z drugiej strony wtedy pracować się nie da – na okrągło płacz, przytulanie, karmienie, przewijanie. Dlatego ja też wolałabym w domu nie pracować. Ale mając do wyboru telepracę i codzienną odsiadkę ośmiu godzin w biurze wybieram telepracę. Bo mimo wszystko telepraca to dobrodziejstwo. Tylko nie dla każdego. Trzeba być naprawdę zdeterminowanym (najczęściej zdeterminowaną – tak pracuje więcej kobiet niż mężczyzn ), żeby dać sobie radę i nie zwariować. I trzeba się zorganizować. Ważne jest przede to wszystkim, aby:
Wtedy taka praca może się udać. A przekonanie przełożonych to już inna sprawa. Może przykład powinien iść z góry? Ostatnio amerykański prezydent Barack Obama zapowiedział wdrożenie w swojej administracji programu ROWE. Results Only Work Environment to program pracy zorientowanej na rezultat. Eksperyment ma objąć 400 osób pracujących w administracji prezydenckiej. Cały proces będzie śledziła i oceniała doradcza firma Deloitte. Jeśli eksperyment się powiedzie, Obama chce objąć programem wszystkie agendy rządowe. Zamysł jest prosty: w ramach ROWE ludzie mają pełną dowolność organizowania swojej pracy. Można pracować z domu, kiedy się chce, przyjeżdżać do pracy na dowolną godzinę itp. Ważne, żeby doprowadzić do ustalonych rezultatów. ROWE to ukłon wobec osób, które chcą pogodzić pracę z życiem rodzinnym. Chociaż tak naprawdę do wprowadzenia programu Obamę zachęciły…burze śnieżne nawiedzające w tym roku USA. „Nie chcę, żeby prace rządu ustawały z powodu wyłącznie pogody” – mówił. Co prawda w Polsce aż takich burz nie mamy, ale gdyby tak u i nas premier Tusk oficjalnie pozwolił swoim ludziom telepracować? Albo żeby ROWE wprowadzono chociaż w departamencie Polityki Rodzinnej MPiPS? Albo w Biurze Pełnomocnika Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych? Na pewno odniosłoby to znacznie lepszy skutek, niż kolejna nudna ale za to kosztowna kampania informacyjna. Katarzyna Pawłowska-Salińska
|